Kiedy powie się-jak w powyższym tytule komuś to będzie to obraźliwe .Inaczej jest kiedy mówi się tak do siebie. Jest to raczej  autorefleksja. A teraz opowiem jak do tego lizania doszło. I co się potem działo…Był zwykły styczniowy dzień około 16-ej, gdy zaczynał się już przypociemek; nasz młodszy syn 30-letni poszedł jak często bywało „na wioskę” aby –jak powiedział „pogadać z normalnymi ludźmi.” Żona i ja spodziewaliśmy się, że dojdzie do domku Jasia, gdzie odbywały się zakrapiane pogaduszki ,na których był on częstym bywalcem. Położyliśmy się spac  z lekkim niepokojem.? Minęła północ a Jego jeszcze nie ma, nasz niepokój narastał… Zaczęły się rozmowy- co robic?  

Nieraz czekaliśmy niespokojnie do rana, poprzednio Jego powroty odbywały się spokojnie ale ostatnio powracając zachowywał się głośno i agresywnie wobec nas. Wzywaliśmy wtedy policję, która zabierało Go do tzw. dołka do wytrzeźwienia. Obawialiśmy się ,że znowu tak się stanie i w tej raczej beznadziejnej sytuacji rozważaliśmy możliwe scenariusze. Powiedziałem, żeby po niego pojechać- może zechce skorzystać z wygodnego dojazdu do domu zamiast wlec się „po pijaku” przez wioskę, budząc jej mieszkańców przez szczekanie licznych psów .Temperatura naszej rozmowy podnosiła się aż zamieniła się w kłótnię ,w której moja żona powtarzała nieustannie tę samą litanię  zarzutów w rodzaju: po co nas sprowadziłeś do tej wiochy zabitej  dechami gdzie jedyną rozrywką młodego człowieka jest pójśc do domku Jasia i się upic. I co my tu wogóle robimy, na tym odludziu gdzie jest miejsce dla  hodowców krów i świń a nie na jakąś galerię wiejską, która jest może ciekawostką dla mieszczuchów ale nam nic nie daje prócz niekiedy satysfakcji z udanych spotkań. Ludzie tu uważają nas za niepraktycznych dziwaków co to nie umieli swoich dwóch synów wychować i usamodzielnić którzy siedzą ,często bezczynnie, na głowie rodziców.  No i,  że to ja ich ojciec nie zająłem się ich wychowaniem jak był na to czas…przyznawałem jej słusznośc i prosiłem oprzerwanie tej narzekającej litanii, powtarzanej już przecież  wielokrotnie  i co to da to dziamkanie o przeszłości i narzekanie na zły los kiedy trzeba cos zrobić tu  i teraz,  czułem się coraz bardziej zdenerwowany  dostałem zaburzeń rytmu serca ale nie udawało się  zakończyć tej tyrady- jak zwykle. Ubrałem się więc szybko   i zamiast przyjąć leki antyarytmiczne i przeczekać burzę w łóżku wsiadłem do samochodu                      i pojechałem „ratować synka.” Przed domkiem Jasia nie było miejsca na zaparkowanie więc pojechałem  dalej zawróciłem i zaparkowałem  przy poboczu przodem do miejsca docelowego. Wysiadając pośliznąłem się na oblodzonym asfalcie i upadłem  na ziemiste zmrożone pobocze. Potłukłem się dość mocno tak, że nie mogłem się podnieść i tak leżałem w rynnie lodowo-błotnej bo pod moim bezwładnym ciałem lód się roztopił.      Nie mogłem się z tego wygrzebać aby wdrapać się do samochodu i ogrzać się …było 5 stopni mrozu i było mi coraz zimniej grzebałem się w tej błotno -lodowej rynnie zupełnie bezskutecznie. Myślałem ,że nie mogę wstać z powodu potłuczenia lewego boku. Bolała mnie lewa ręka lewe biodro i cała lewa noga. Dobrze, że są teraz telefony komórkowe więc z dużym trudem połączyłem się z żoną . „Upadłem koło samochodu i nie mogę się podnieść  i coraz  bardziej trzęsę się z zimna”- powiedziałem dośc niewyraźnie ale zrozumiała i powiedziała : „zaraz do ciebie przyjdę.” ”Jest mi coraz zimniej” narzeknęłem jeszcze…”Zaraz do ciebie biegnę” a teraz –tu padło przełomowe zdanie – polecenie- zwizualizuj postac JEZUSA MIŁOSIERNEGO z obrazu św. Faustynki i proś aby ogrzały cię promienie wypływające z Jego Serca „Tak uczyniłem , a miałem już wprawę w tej wizualizacji i szedł do mnie!  Jego promienie świeciły mocno ale jak w myśli wyciągnąłem do Niego rękę obraz znikł i widziałem tylko czarną noc . Czy był jakiś skutek tej wizualizacji? Nie ogrzałem się, trzęsłem się z zimna coraz bardziej ale choć nie zostałem ogrzany cos się zmieniło- przestałem się grzebac w tej lodowo-błotnej rynnie i uspokoiłem się przyszło do mnie zdanie: wasze myśli nie są moimi myślami, moje myśli nie są waszymi myślami ,powiedziałem Panie, Ty lepiej wiesz co jest dla mnie dobre ,dziękuję Ci oraz przyszła myśl – módlcie się i w każdym położeniu dziękujcie…i pomyślałem jak tu dziękować za ten wypadek … i znalazła się podpowiedź: Panie, co mi chcesz powiedzieć przez tą sytuację? Pewne odpowiedzi nasunęły się od razu, powiem o nich potem, po analizie roli psa. I jak po tym nieudanym sprawdzeniu ciepłoty promieni płynących z serca Jezusa miłosiernego w mojej wizualizacji pojawiła się czarna, niezwykle czarna noc ,jakiej nie zobaczy się w rzeczywistości, zacząłem odmawiać – „święta Mario, matko Boża, módl się za nami grzesznymi… i przypomniałem sobie jak podczas okupacji hitlerowskiej i w powstaniu warszawskim mój starszy  brat wówczas pochorąży  AK nosił na sobie ryngraf Matki Boskiej ostrobramskiej i mówił że ratowała jego życie. Po wojnie uważał się za ateistę ,był lekarzem, ordynatorem oddziału neurologicznego to jak sam umierał trzymał w dłoni ten ryngraf , i został z nim  pochowany. I właśnie w tym momencie mojej modlitwy jak zginął mi obraz Jezusa Miłosiernego i zaczęłem modltwę do Matki Boskiej pojawił się przy mnie wielki kudłaty pies i zaczął mi” mordę lizac”! Trochę byłem przestraszony ale lizał gruntownie i delikatnie, zlizywał z mojej twarzy łzy bólu i bezsilności, po chwili odwróciłem  głowę aby udostępnić mu lewą stronę a on pieczołowicie dalej czyścił moją twarz. Do czasu Jak pojawiła się moja żona i syn, którego miałem” ratować”iktórymocno uniósł mnie pod prawe ramię(potem pomyślałem, że nie był „pijankowaty fest” i wspólnie z sąsiadami unieśli mnie i zaprowadzili , może dokładniej można to nazwac  powlekli  mnie bo nie mogłem sam iśc.  Załadowali mnie do samochodu sąsiada , na miejsce obok kierowcy- bo można było fotel  lekko odchylić do tyłu. Nie bardzo byłem swiadomy tej akcji ,która musiała nie byc  łatwa ,usłyszałem tylko głosy mojej żony i żony sąsiada: ”bierzmy go za tyłek bo inaczej nie posadzimy go na siedzisku…”Wprawiło to mnie w dobry humor , o ile w takim położeniu można mówic o humorze. Z samej podróży nic nie pamiętam. Jak znaleźliśmy się przed szpitalem w Suwałkach przesadzono mnie na wózek i wjechaliśmy do izby przyjęc   SOR(szpitalnego oddziału ratunkowego) gdzie otoczyła mnie grupa lekarzy i pielęgniarek zapytano mnie co się stało i opisałem całą podaną  wyżej historię .Zapowiedziałem od razu, że napiszę opowiadanie  p.t „pies mi mordę lizał”. Spodobało się to zgromadzonym ale zaraz podjęto badania : tomografię głowy oraz badania kardiologiczne w tym ECHOserca i naczyń szyjnych. Podszedł do mnie starszy lekarz przedstawił sę:jestem Jarosław K, my się właściwie znamy, pamiętam panie doktorze, że dobrze współpracowaliśmy gdy był pan w R., teraz ja będę pana lekarzem, położymy pana na neurologii na pododdziale udarowym .i podał rozpoznanie- udar mózgu prawstronny z niedowładem połowiczym lewostronnym. Teraz zrozumiałem, że nie mogłem się wygrzebać z tej rynny lodowo-błotnej nie z powodu potłuczenia po upadku przy wychodzeniu z samochodu-jak wówczas myślałem a z poważniejszej  przyczyny. A pani dr ordynator oddziału powiedziała :”miał pan szczęście, że było tam zimno gdzie pan leżał-taka mini hibernacja oraz, że ten pies liżąc pana twarz ocieplał ją i pobudzał receptory czuciowe skóry”-.byc może mróz  i pies uratowali panu  życie. I tu zrobiłem przerwę w tym pisaniu bo miałem wyjaśnić jakie to moje błędy i winy doprowadziły do tej sytuacji. A to już było trudniejsze niż prosty opis zdarzeń. Niewątpliwie zasłużyłem na to lizanie mi mordy przez psa. Potem, na oddziale udarowym dowiedziałem się od pielęgniarki, która  powiedziała, że to był jej pies a właściwie sunia, o szlachetnym imieniu saba, mieszkająca obecnie u gospodarza przy którego podwórku zaparkowałem mój samochód. Płec  Saby ma tu chyba znaczenie- płec żeńska jest bardziej opiekuńcza. Saba oblizała mi dokładnie prawą połowę twarzy więc przechyliłem  głowę aby udostępnić jej lewą stronę zalaną całkowicie łzami bólu i bezsilności . Też wylizała ją dokładnie. Zacząłem uświadamiać sobie moje błędy: nie powinienem jechać żeby ”ratować” pijącego synka. Byłem o tym poinstruowany w poradni przeciw- alkoholowej ,do której zgłosiłem się dawniej jako współuzależniony. Nie należało go”„ratować” jeśli o to nie prosił. Nie powinienem wychodzic z domu i jechać samochodem skoro doznałem silnej arytmii. Należało przyjąć leki, które zwykle przywracały mi prawidłowy rytm serca       i pozostać w łóżku albo wezwać karetkę pogotowia do siebie. Poza tym nie brałem pradaxy- leku zmniejszającego krzepliwośc krwi.Trzeba było wpierw  zadbac  o to co  mi wcześniej zalecił kardolog. Kto wie- może nie doszło by do udaru niedokrwiennego( ale może wystąpił by udar krwotoczny?).Nie brałem tego leku bo nie podobała mi się  ulotka  opisująca   wiele   z możliwych powikłań. Podsumowując te błę[i]dy doszedłem do rozpoznania grzechu pychy- ja wiem lepiej…Usprawiedliwiałem się powziętym kiedyś przekonaniem- jeśli masz konflikt między sercem a rozumem idź za głosem serca. Więc poszedłem „ratować  synka” kiedy  należało najpierw zadbac  o siebie. Poza tym kołatało mi się w głowie powiedzenie” Lekarzu ulecz samego siebie:          Ale to nie wszystko!

Gdy upadłem i Jezus Miłosierny, który podchodził do mnie, nagle zniknął i zrozumiałem, że mam zastanowić się co On chce mi uświadomić bo przecież ufam, że opiekuje się mną. Więc po co znaleźliśmy się w tej wiosce  zamiast poszukać miejsca gdzie byłyby lepsze warunki do krztałcenia  i rozwoju synów. Najpierw postanowiłem opuscic Lublin  i pracę w instytucie i osiedlić się na ulubionej przez nas wsi suwalskiej    i podjąc pracę jako lekarz wiejski co było realizacją koncepcji zawodowej jeszcze z czasu studiów. Można było to zrealizowacnie wyjeżdżając z miasta i dojeżdżając do ośrodka zdrowia w pobliżu.     Ale byłem zauroczony suwalszczyzną i nie doceniłem trudności dla rodziny w tym miejscu.W Przełomce przyjęto nas dobrze.Piszę o tym w tekście: GALERYJA OKNO NA ŚWIAT[www.galeriawiejska.pl/wpisy]

Obserwuję nasze społeczeństwo z „dołu”, z  niskiej pozycji

w hierarchicznej „strukturze dziobania”, bo z małej wioseczki nad jeziorem Hańcza. Jak słyszę polityków i dziennikarzy licytujących się w ostrych sformułowaniach, podpuszczających się wzajemnie, aby wzmóc napięcie, wyłączam telewizor. Podobnie czynią sąsiedzi wioskowi, którzy nie chcąc słuchac kłótni, przełączają tv na jakiś serial, który opowiada o życiu…

Kiedyś zaprzyjaźniony dziennikarz spytał nas po co zamieszkaliśmy w tej małej wiosce i zajmujemy się przyjmowaniem gości (turystycznych i sąsiedzkich) w Galerii Wiejskiej? Odpowiedzieliśmy  prosto: żeby byc blisko ludzi i przyrody i życ zdrowo i życzliwie. Dlatego opuściliśmy życie miejskie, blokowe, anonimowe, betonowe , hałaśliwe, pośpieszne, instytucjonalne. Oczywiście nie wszystko tu jest „sielskie- anielskie”. Pięknie o różnych zderzeniach marzeń z wiejską realnością napisała Magda Hojak-Pałęza w swoim cyklu opowiadań „Zuzanna po drugiej stronie lustra”  na www.zielona.org  Ale jednak życzliwośc i pomocniczośc sąsiedzka stanowi tu bardzo istotną wartośc. W tym wiejsko-ekologicznym portalu są też trzy nasze teksty o Galerii, Sztuce i Spotkaniu…A więc to moje zadania zawodowe, najpierw naukowe potem lekarskie z silnym dążeniem do sukcesu powodowały niedobór pracy domowej nad wychowaniem synów. Nie umiałem też w odpowiednim momencie ich wzrastania rozpoznać, że wchodzą na drogę uzależnienia od alkoholu. Tak jak wielu współuzależnionych ciągle myślałem , że to dobrzy ,inteligentni chłopcy więc zaraz się poprawią  a trzeba było zrozumiac mechanizmy wchodzenia w uzależnienie oraz  a może przede wszystkim zadbac o rozwój ich zainteresowań. I wcześnie zadbac o ich usamodzielnienie przez „przecięcie pępowiny” Mógłbym się usprawiedliwiać przebiegiem  mojego własnego wzrastania, bez ojca i z matką, która miała do mnie zawsze zaufanie, i stosowała zasadę autonomiczności swoich synów ale pomagała czujnie. Więc nie miałem odpowiednich kwalifikacjido roli ojca. Jednak usprawiedliwianie się nic nie da. Zawiniłem, więc zasłużyłem na lizanie mi mordy przez psa, który być może uratował mi życie. Teraz muszę zejść z tej błędnej drogi. Do psa wybiorę się z dużą kością. Ale zapomniałem napisac o koncepcji jaka pojawiła mi się gdy zrozumiałem, że Jezus oczekiwał nie tyle wyjaśnień co naprawy obecnej ,kryzysowe sytuacji w jakiej znaleźliśmy się jako rodzina i  jako Galeria Wiejska, która miała być nie tylko miejscem twórczych spotkań i twórczości plastycznej, fotograficznej i pisarskiej nas rodziców ale także miejscem do życia, usamodzielnienia i rozwoju naszych synów ( O samej Galerii  i licznych w niej wydarzeniach, piszemy dhref=”http://www.galeriawiejska.pl”>www.galeriawiejska.pl). Jako biznesmeni i organizatorzy nie sprawdziliśmy się zupełnie! Można by tu analizować przyczyny tej nieumiejętności rodziców i dorosłych przecież synów. Na pewno ważniejsze od analizy przyczyn- głównie charakterologicznych jest znalezienie pozytywnego planu rozwoju naszego rodzinnego przedsięwzięcia. Jak leżałem w opisanej rynnie lodowo-błotnej i jeszcze nie wiedziałem,że to udar  a nie potłuczenie, zastanawiałem się jak wyprowadzić y naszą Galerię z marazmu, w jaki popadliśmy. Pamiętałem narzekania synów,” że tu się nic nie dzieje- zupełna inercja i marazm”Pojawiła mi się koncepcja KONWERSATORIUM na temat SUWALSZCZYZNA KRAINA PIĘKNA(O czym wszyscy wiedzą) i KRAINA DOBRA DLA LUDZI!( o czym właściwie nic nie wiadomo)   Projekt konwersatorium będzie oddzielnym tekstem.

[i] y