W trakcie cwiczeń rehabilitacyjnych po udarze (Który opisałem w tekście: „pies mi mordę lizał”) codziennie chodzę z kijkami w drogę na łąkę. Pierwszy przystanek robię na ławeczce nad stawem. Tam odmawiam piękną,starożytną modlitwę:” O STWORZYCIELU, STWORZYCIELKO! OJCZE ,MATKO KOSMOSU! O, TY TCHNIENIE ŻYCIA WSZECHRZECZY! IMIĘ NAD IMIONAMI! Nasza mizerna istotka – ROZKWITA W TOBIE!  

 I pewnym razem gdy wypowiedziałem: O, TY TCHNIENIE ŻYCIA WSZECHRZECZY, rozejrzałem się po okolicznych drzewach śpiących teraz pod śniegową kołderką , po zeschłych trawach i chwastach wystających z pod śniegu, i po lodowej tafli stawu, pod którą zimują żaby i karasie i wiele innych żyjątek, odczułem ZJEDNOCZENIE Z TYM CAŁYM OTACZAJĄCYM MNIE ŚWIATEM ROŚLIN I ZWIERZAT I POMYŚLAŁEM TEŻ O LUDZIACH Z NASZEJ WOSK I, O CAŁEJ GMINIE I O CAŁYM KRAJU I O CAŁYM ŚWIECIE, targanym nienawiścią i wojnami. I o tym, że jestem cząstką tego całego STWORZENIA I ŻE WŁAŚNIE STARAM SIĘ, nie bez trudności, rozkwitnąć w NIM.
Kiedy opowiadałem o tym przeżyciu i odmówiłem głośno tą piękną starożytną modlitwę obecna przy tym sąsiadka- osoba z wyższym wykształcenie rolniczym i do tego była nauczycielka biologii powiedziała:” jak wymawiałeś:” O TY TCHNIENIE ŻYCIA WSZECHRZECZY to przeszył mnie dreszcz”!

Po tym przeżyciu mistycznym  na ławce nad stawem odmówiłem cały pacierz i koronkę do BOŻEGO MIŁOSIERDZIA, którą odmawiam zawsze gdy przypomina mi się jak to” pies mi mordę lizał.”