królowa wioski

 

 

Maciej Mackiewicz

 

KRÓLOWA WIOSKI

 

 

Pierwsze spotkanie z najstarszą kobietą w wiosce było krótkie

i pouczające. Tu się kochaniutka nie mówi dzień dobry

tylko niech będzie pochwalony. W mieście to może pukają do drzwi ale tu nie – śmiało wchodzi do chałupy, siada na ławie i gada co za jedna i skąd przybywa. I tak się rozpoczęła nasza pierwsza rozmowa sąsiedzka opowiada Halinka. Wyjaśniłam, że właśnie zamieszkałam z rodziną  koło niej, w domu opuszczonym od dziewięciu lat, i na to usłyszałam a to dobrze bo będzie do kogo pójśc,  pogadac.

I rzeczywiście odwiedzin było mnóstwo. A opowiadań jeszcze więcej.

 

Jak sąsiadka Bronisława z profesorem filozofii rozmawiała

 Sąsiadka lubiła do nas przychodzić i ciekawa była gości-„skąd oni so i co oni se myślo” Pewnego dnia siedziała właśnie przy stole w głównej Sali Galerii – Sali spotkań. Gdy wszedł nieznany nam pan ubrany po miejsku. Dzień dobry powiedzieliśmy sobie nawzajem, nie przerywając rozmowy z sąsiadką Bronisławą. ONA zainteresowała się przybyszem i zwróciła się do Halinki-„powie mnie co on za jenen”Tu Halinka zwróciła się do gościa:proszę powiedzieć coś o sobie bo sąsiadka jest ciekawa ludzi Pan usiadł na ławie i uśmiechjąc się powiedział: ja jestem profesorem filozofii, piszę książki i uczę studentów. Na to sąsiadka poprawiła sobie chustkę na głowie i zawołała-„a to śtraśnie  ucony cłowiek ,straśnie ucony” Pan się roześmiał a Bronisława po chwili zapytała zwracając się do Halinki: „ciekawe cy taki ucony cłowiek to on wie po co on zyje?” Pan profesor zakrzyknął-„ świetne pytanie i powtórzył świetne!” i dodał” ja tak od razu nie odpwiem- bo musiałbym książkę napisac albo rok wyładac żeby dojść do pełnej odpowiedzi !”ale może Pani mi odpowie na to pytanie poprosił. „ Ja nie Pani odpowiedziała nasza sąsiadka. To jak mam się zwracać? „Mówi do mnie Beczkowsko! Gośc i my zaśmielismy się szczerze”Pan profesor powiedział – no to może gosposia mi powie po co ona żyje? Sąsiadka znowu poprawiła sobie chustę na głowie, i po chwili powiedziała”ja to tam Panie ZYJE DLA BOGA! Pan profesor ucieszył się  i klasnął w dłonie. PIekna odpowiedz ‘zawołał to ja musze caly rok wykladac żeby dojśc do punktu zbornego a tu od razu taka  piekna odpowiedz !                                                  Wspaniałe! dodał.

Jak sąsiadka Halinkę pouczyła

Pewnego dnia w naszej Galerii Spotkań było kilkunastu turystów- chyba warszawiaków. Sąsiadka Bronisława przysłuchiwała się naszym opowiadaniom o historii i życiu obecnym i jak tu my  emeryci  czas

spędzamy. Nagle wstała i wyszła do przedsionka skąd pokiwała palcem na Halinkę  (dyrektorkę- jak żartujemy- tej domowej Galerii) i głośnym szeptem powiedziała” idzie tu do mnie to jej co powiem…tylko się nie zagniewa” Halinka podeszła do niej i przyrzekła,że się nie zagniewa. „To ja jej powiem: nie gada tyle tym ludziom, bo petorzy i petorzy.  Pozyczy ludziom zdrowia i wsio!” Goście  się zaśmieli i zaraz pierwsza pani próbuje otworzyć drzwi wyjściowe. Ale one się zacięły, więc pyta to jak się u was te drzwi otwierają –do przodu czy dotyłu? A na to nasza sąsiadka wzięła tą turystkę pod łokieć i powiada:” kochaniutka- zapamięta sobie do końca  zycia- na wsi to drzwi, chłopa i pieniądze to do siebie!” Drzwi się otwarły oczywiście „do siebie” i wszyscy goście wybuchnęli śmiechem… Od tego czasu kolejnym gościom opowiadamy ten żart.

Jak sąsiadka Bronisława fasolę łuskała                           Siedzimy sobie z goścmi przed glinianym piecem chlebowym i nagle słyszymy dźwięczny

śpiew z  oddali,. idziemy w kierunku tego śpiewu i w naszej małej wiacie zastajemy sąsiadkę jak przy stole zajęta łuskaniem fasoli podśpiewuje sobie. Chwalimy, ze ładnie śpiewa i pytamy dlaczego? A ona na to powiada ,że tu taaka nuuuuda ,,, Ze przy tym łuskaniu trzeba śpiewacc  dla krótszego czasu.  I wy byście śpiewali przy tym łuskaniu. Zgadzamy się z nią bo choć tu jest pięknie to nawet i bez fasoli człowieka nieraz męczy nuuuda. Często trwa, aż do pojawienia się nowych gości.

 

Jak sąsiadka Bronisława swoich sąsiadów w kuchni nie zastała

Poszła raz nasza sąsiadka do drugich sąsiadów. I potem opowiadała „ wchodzę ja do kuchni daję pochwalonego a tu nic- cisa to idę dalej do pokoju a tam wszystkie siedzą i  ślepiom w telewizor- jakiści serial tam buł”.

 

 

Jak sąsiadka koguta Halince „przedawała”

Pewnego ranka przyszła do nas sąsiadka Bronisława z propozycją: kupcie ode mnie dużego żywego koguta na obiad.  Halinka zaraz zawołała „ Ale ja nie umiem go zabic i przygotować do gotowania.

Ja towszystko  zrobię powiedziała  sąsiadka, przygotuję, że będzie prosto do garnka! Halinka powiedziała ,że nie chce koguta i  i  ile to by kosztowało? No ze 30 złotech. Halinka pomyślała, że sąsiadka potrzebuje pieniędzy i zgodziła się pójść z nią do kurnika. Tam kogut siedział na najwyższej grzędzie. Ciekawe jak go się tu złapie. A sasiadka: zaraz go złapię…

I ta przeszło 90-letnia kobieta, w dodatku słabo widząca przez swoje grube okulary,zakręciła się po kurniku – kogut nie chciał się poddac i trepotał się po całym pomieszczeniu. A sąsiadka zakręciła się i podskoczyła i już go trymała za nogi. Wyciągnęła ręce zkogutem do Halinki , która nagle poznała, że to jest nasz największy kogut! W tamtym czasie, niedługo po naszym osiedleniu się tutaj, mieliśmy jeszcze 7 młodych kogucików, które lubiły  siadywać na gałęziach wielkeigo  drzewa czereśni skąd rankiem wszystkie piały na pobudkę. A koncert zaczynał ten właśnie największy kogut siedząc na płocie..Sąsiadka zgodziła się,że to nasz  kogut ipowiedziała: to niech on nie przychodzi do naszych kurów, bo go sama wsadzę do garka. I tak kupiliśmy naszego pięknego koguta,,który odzyskał wolnośc na naszym podwórku. Ale chyba dalej do tych kur chodził, jak to wolny kogut…

 

 

I ZNOWU  PRZEŻYCIE MISTYCZNE

MACIEJ MACKIEWICZ

 

W trakcie cwiczeń rehabilitacyjnych po udarze (Który opisałem w tekście: „pies mi mordę lizał”) codziennie chodzę z kijkami w drogę na łąkę. Pierwszy przystanek robię na ławeczce nad stawem. Tam odmawiam piękną,starożytną modlitwę:” O STWORZYCIELU, STWORZYCIELKO! OJCZE ,MATKO KOSMOSU! O, TY TCHNIENIE ŻYCIA WSZECHRZECZY! IMIĘ NAD IMIONAMI! Nasza mizerna istotka – ROZKWITA W TOBIE! I pewnym razem gdy wypowiedziałem : O, TY TCHNIENIE ŻYCIA WSZECHRZECZY, rozejrzałem się po okolicznych drzewach śpiących teraz pod śniegową kołderką , po zeschłych trawach i chwastach wystających z pod śniegu, i po lodowej tafli stawu, pod którą zimują żaby i karasie i wiele innych żyjątek, odczułem ZJEDNOCZENIE Z TYM CAŁYM OTACZAJĄCYM MNIE ŚWIATEM ROŚLIN I ZWIERZAT I POMYŚLAŁEM TEŻ O LUDZIACH Z NASZEJ WOSK I, O CAŁEJ GMINIE I O CAŁYM KRAJU I O CAŁYM ŚWIECIE, targanym nienawiścią i wojnami. I o tym, że jestem cząstką tego całego STWORZENIA I ŻE WŁAŚNIE STARAM SIĘ, nie bez trudności, rozkwitnąć w NIM.
Kiedy opowiadałem o tym przeżyciu i odmówiłem głośno tą piękną starożytną modlitwę obecna przy tym sąsiadka- osoba z wyższym wykształcenie rolniczym i do tego była nauczycielka biologii powiedziała:” jak wymawiałeś:” O TY TCHNIENIE ŻYCIA WSZECHRZECZY to przeszył mnie dreszcz”!

Po tym przeżyciu mistycznym  na ławce nad stawem odmówiłem cały pacierz i koronkę do BOŻEGO MIŁOSIERDZIA, którą odmawiam zawsze gdy przypomina mi się jak to” pies mi mordę lizał.”

Pies mi mordę lizał

Maciej Mackiewicz

PIES MI MORDĘ LIZAŁ

Kiedy powie się-jak w powyższym tytule komuś to będzie to obraźliwe .Inaczej jest kiedy mówi się tak do siebie. Jest to raczej  autorefleksja. A teraz opowiem jak do tego lizania doszło. I co się potem działo…Był zwykły styczniowy dzień około 16-ej, gdy zaczynał się już przypociemek; nasz młodszy syn 30-letni poszedł jak często bywało „na wioskę” aby –jak powiedział „pogadać z normalnymi ludźmi.” Żona i ja spodziewaliśmy się, że dojdzie do domku Jasia, gdzie odbywały się zakrapiane pogaduszki ,na których był on częstym bywalcem. Położyliśmy się spac  z lekkim niepokojem. ?Minęła północ  a Jego jeszcze nie ma, nasz niepokój narastał… Zaczęły się rozmowy- co robic? Nieraz czekaliśmy niespokojnie do rana, poprzednio Jego powroty odbywały się spokojnie ale ostatnio powracając zachowywał się głośno i agresywnie wobec nas. Wzywaliśmy wtedy policję, która zabierało Go do tzw. dołka do wytrzeźwienia. Obawialiśmy się ,że znowu tak się stanie i w tej raczej beznadziejnej  sytuacji rozważaliśmy możliwe scenariusze. Powiedziałem, żeby po niego pojechać- może zechce skorzystać z wygodnego dojazdu do domu zamiast wlec się „po pijaku” przez wioskę, budząc jej mieszkańców przez szczekanie licznych psów .Temperatura naszej rozmowy podnosiła się aż zamieniła się w kłótnię ,w której moja żona powtarzała nieustannie tę samą litanię  zarzutów w rodzaju: po co nas sprowadziłeś do tej wiochy zabitej  dechami gdzie jedyną rozrywką młodego człowieka jest pójśc do domku Jasia i się upic. I co my tu wogóle robimy, na tym odludziu gdzie jest miejsce dla  hodowców krów i świń a nie na jakąś galerię wiejską, która jest może ciekawostką dla mieszczuchów ale nam nic nie daje prócz niekiedy satysfakcji z udanych spotkań. Ludzie tu uważają nas za niepraktycznych dziwaków co to nie umieli swoich dwóch synów wychować i usamodzielnić którzy siedzą ,często bezczynnie, na głowie rodziców.  No i,  że to ja ich ojciec nie zająłem się ich wychowaniem jak był na to czas…przyznawałem jej słusznośc i prosiłem oprzerwanie tej narzekającej litanii, powtarzanej już przecież  wielokrotnie  i co to da to dziamkanie o przeszłości i narzekanie na zły los kiedy trzeba cos zrobić tu  i teraz,  czułem się coraz bardziej zdenerwowany  dostałem zaburzeń rytmu serca ale nie udawało się  zakończyć tej tyrady- jak zwykle. Ubrałem się więc szybko   i zamiast przyjąć leki antyarytmiczne i przeczekać burzę w łóżku wsiadłem do samochodu                      i pojechałem „ratować synka.” Przed domkiem Jasia nie było miejsca na zaparkowanie więc pojechałem  dalej zawróciłem i zaparkowałem  przy poboczu przodem do miejsca docelowego. Wysiadając pośliznąłem się na oblodzonym asfalcie i upadłem  na ziemiste zmrożone pobocze. Potłukłem się dość mocno tak, że nie mogłem się podnieść i tak leżałem w rynnie lodowo-błotnej bo pod moim bezwładnym ciałem lód się roztopił.      Nie mogłem się z tego wygrzebać aby wdrapać się do samochodu i ogrzać się …było 5 stopni mrozu i było mi coraz zimniej grzebałem się w tej błotno -lodowej rynnie zupełnie bezskutecznie. Myślałem ,że nie mogę wstać z powodu potłuczenia lewego boku. Bolała mnie lewa ręka lewe biodro i cała lewa noga. Dobrze, że są teraz telefony komórkowe więc z dużym trudem połączyłem się z żoną . „Upadłem koło samochodu i nie mogę się podnieść  i coraz  bardziej trzęsę się z zimna”- powiedziałem dośc niewyraźnie ale zrozumiała i powiedziała : „zaraz do ciebie przyjdę.” ”Jest mi coraz zimniej” narzeknęłem jeszcze…”Zaraz do ciebie biegnę” a teraz –tu padło przełomowe zdanie – polecenie- zwizualizuj postac JEZUSA MIŁOSIERNEGO z obrazu św. Faustynki i proś aby ogrzały cię promienie wypływające z Jego Serca „Tak uczyniłem , a miałem już wprawę w tej wizualizacji i szedł do mnie!  Jego promienie świeciły mocno ale jak w myśli wyciągnąłem do Niego rękę obraz znikł i widziałem tylko czarną noc . Czy był jakiś skutek tej wizualizacji? Nie ogrzałem się, trzęsłem się z zimna coraz bardziej ale choć nie zostałem ogrzany cos się zmieniło- przestałem się grzebac w tej lodowo-błotnej rynnie i uspokoiłem się przyszło do mnie zdanie: wasze myśli nie są moimi myślami, moje myśli nie są waszymi myślami ,powiedziałem Panie, Ty lepiej wiesz co jest dla mnie dobre ,dziękuję Ci oraz przyszła myśl – módlcie się i w każdym położeniu dziękujcie…i pomyślałem jak tu dziękować za ten wypadek … i znalazła się podpowiedź: Panie, co mi chcesz powiedzieć przez tą sytuację? Pewne odpowiedzi nasunęły się od razu, powiem o nich potem, po analizie roli psa. I jak po tym nieudanym sprawdzeniu ciepłoty promieni płynących z serca Jezusa miłosiernego w mojej wizualizacji pojawiła się czarna, niezwykle czarna noc ,jakiej nie zobaczy się w rzeczywistości, zacząłem odmawiać – „święta Mario, matko Boża, módl się za nami grzesznymi… i przypomniałem sobie jak podczas okupacji hitlerowskiej i w powstaniu warszawskim mój starszy  brat wówczas pochorąży  AK nosił na sobie ryngraf Matki Boskiej ostrobramskiej i mówił że ratowała jego życie. Po wojnie uważał się za ateistę ,był lekarzem, ordynatorem oddziału neurologicznego to jak sam umierał trzymał w dłoni ten ryngraf , i został z nim  pochowany. I właśnie w tym momencie mojej modlitwy jak zginął mi obraz Jezusa Miłosiernego i zaczęłem modltwę do Matki Boskiej pojawił się przy mnie wielki kudłaty pies i zaczął mi” mordę lizac”! Trochę byłem przestraszony ale lizał gruntownie i delikatnie, zlizywał z mojej twarzy łzy bólu i bezsilności, po chwili odwróciłem  głowę aby udostępnić mu lewą stronę a on pieczołowicie dalej czyścił moją twarz. Do czasu Jak pojawiła się moja żona i syn, którego miałem” ratować”iktórymocno uniósł mnie pod prawe ramię(potem pomyślałem, że nie był „pijankowaty fest” i wspólnie z sąsiadami unieśli mnie i zaprowadzili , może dokładniej można to nazwac  powlekli  mnie bo nie mogłem sam iśc.  Załadowali mnie do samochodu sąsiada , na miejsce obok kierowcy- bo można było fotel  lekko odchylić do tyłu. Nie bardzo byłem swiadomy tej akcji ,która musiała nie byc  łatwa ,usłyszałem tylko głosy mojej żony i żony sąsiada: ”bierzmy go za tyłek bo inaczej nie posadzimy go na siedzisku…”Wprawiło to mnie w dobry humor , o ile w takim położeniu można mówic o humorze. Z samej podróży nic nie pamiętam. Jak znaleźliśmy się przed szpitalem w Suwałkach przesadzono mnie na wózek i wjechaliśmy do izby przyjęc   SOR(szpitalnego oddziału ratunkowego) gdzie otoczyła mnie grupa lekarzy i pielęgniarek zapytano mnie co się stało i opisałem całą podaną  wyżej historię .Zapowiedziałem od razu, że napiszę opowiadanie  p.t „pies mi mordę lizał”. Spodobało się to zgromadzonym ale zaraz podjęto badania : tomografię głowy oraz badania kardiologiczne w tym ECHOserca i naczyń szyjnych. Podszedł do mnie starszy lekarz przedstawił sę:jestem Jarosław K, my się właściwie znamy, pamiętam panie doktorze, że dobrze współpracowaliśmy gdy był pan w R., teraz ja będę pana lekarzem, położymy pana na neurologii na pododdziale udarowym .i podał rozpoznanie- udar mózgu prawstronny z niedowładem połowiczym lewostronnym. Teraz zrozumiałem, że nie mogłem się wygrzebać z tej rynny lodowo-błotnej nie z powodu potłuczenia po upadku przy wychodzeniu z samochodu-jak wówczas myślałem a z poważniejszej  przyczyny. A pani dr ordynator oddziału powiedziała :”miał pan szczęście, że było tam zimno gdzie pan leżał-taka mini hibernacja oraz, że ten pies liżąc pana twarz ocieplał ją i pobudzał receptory czuciowe skóry”-.byc może mróz  i pies uratowali panu  życie. I tu zrobiłem przerwę w tym pisaniu bo miałem wyjaśnić jakie to moje błędy i winy doprowadziły do tej sytuacji. A to już było trudniejsze niż prosty opis zdarzeń. Niewątpliwie zasłużyłem na to lizanie mi mordy przez psa. Potem, na oddziale udarowym dowiedziałem się od pielęgniarki, która  powiedziała, że to był jej pies a właściwie sunia, o szlachetnym imieniu saba, mieszkająca obecnie u gospodarza przy którego podwórku zaparkowałem mój samochód. Płec  Saby ma tu chyba znaczenie- płec żeńska jest bardziej opiekuńcza. Saba oblizała mi dokładnie prawą połowę twarzy więc przechyliłem  głowę aby udostępnić jej lewą stronę zalaną całkowicie łzami bólu i bezsilności . Też wylizała ją dokładnie. Zacząłem uświadamiać sobie moje błędy: nie powinienem jechać żeby ”ratować” pijącego synka. Byłem o tym poinstruowany w poradni przeciw- alkoholowej ,do której zgłosiłem się dawniej jako współuzależniony. Nie należało go”„ratować” jeśli o to nie prosił. Nie powinienem wychodzic z domu i jechać samochodem skoro doznałem silnej arytmii. Należało przyjąć leki, które zwykle przywracały mi prawidłowy rytm serca       i pozostać w łóżku albo wezwać karetkę pogotowia do siebie. Poza tym nie brałem pradaxy- leku zmniejszającego krzepliwośc krwi.Trzeba było wpierw  zadbac  o to co  mi wcześniej zalecił kardolog. Kto wie- może nie doszło by do udaru niedokrwiennego( ale może wystąpił by udar krwotoczny?).Nie brałem tego leku bo nie podobała mi się  ulotka  opisująca   wiele   z możliwych powikłań. Podsumowując te błę[i]dy doszedłem do rozpoznania grzechu pychy- ja wiem lepiej…Usprawiedliwiałem się powziętym kiedyś przekonaniem- jeśli masz konflikt między sercem a rozumem idź za głosem serca. Więc poszedłem „ratować  synka” kiedy  należało najpierw zadbac  o siebie. Poza tym kołatało mi się w głowie powiedzenie” Lekarzu ulecz samego siebie:          Ale to nie wszystko!

Gdy upadłem i Jezus Miłosierny, który podchodził do mnie, nagle zniknął i zrozumiałem, że mam zastanowić się co On chce mi uświadomić bo przecież ufam, że opiekuje się mną. Więc po co znaleźliśmy się w tej wiosce  zamiast poszukać miejsca gdzie byłyby lepsze warunki do krztałcenia  i rozwoju synów. Najpierw postanowiłem opuscic Lublin  i pracę w instytucie i osiedlić się na ulubionej przez nas wsi suwalskiej    i podjąc pracę jako lekarz wiejski co było realizacją koncepcji zawodowej jeszcze z czasu studiów. Można było to zrealizowacnie wyjeżdżając z miasta i dojeżdżając do ośrodka zdrowia w pobliżu.     Ale byłem zauroczony suwalszczyzną i nie doceniłem trudności dla rodziny w tym miejscu.W Przełomce przyjęto nas dobrze.Piszę o tym w tekście: GALERYJA OKNO NA ŚWIAT[www.galeriawiejska.pl/wpisy]

Obserwuję nasze społeczeństwo z „dołu”, z  niskiej pozycji

w hierarchicznej „strukturze dziobania”, bo z małej wioseczki nad jeziorem Hańcza. Jak słyszę polityków i dziennikarzy licytujących się w ostrych sformułowaniach, podpuszczających się wzajemnie, aby wzmóc napięcie, wyłączam telewizor. Podobnie czynią sąsiedzi wioskowi, którzy nie chcąc słuchac kłótni, przełączają tv na jakiś serial, który opowiada o życiu…

Kiedyś zaprzyjaźniony dziennikarz spytał nas po co zamieszkaliśmy w tej małej wiosce i zajmujemy się przyjmowaniem gości (turystycznych i sąsiedzkich) w Galerii Wiejskiej? Odpowiedzieliśmy  prosto: żeby byc blisko ludzi i przyrody i życ zdrowo i życzliwie. Dlatego opuściliśmy życie miejskie, blokowe, anonimowe, betonowe , hałaśliwe, pośpieszne, instytucjonalne. Oczywiście nie wszystko tu jest „sielskie- anielskie”. Pięknie o różnych zderzeniach marzeń z wiejską realnością napisała Magda Hojak-Pałęza w swoim cyklu opowiadań „Zuzanna po drugiej stronie lustra”  na www.zielona.org  Ale jednak życzliwośc i pomocniczośc sąsiedzka stanowi tu bardzo istotną wartośc. W tym wiejsko-ekologicznym portalu są też trzy nasze teksty o Galerii, Sztuce i Spotkaniu…A więc to moje zadania zawodowe, najpierw naukowe potem lekarskie z silnym dążeniem do sukcesu powodowały niedobór pracy domowej nad wychowaniem synów. Nie umiałem też w odpowiednim momencie ich wzrastania rozpoznać, że wchodzą na drogę uzależnienia od alkoholu. Tak jak wielu współuzależnionych ciągle myślałem , że to dobrzy ,inteligentni chłopcy więc zaraz się poprawią  a trzeba było zrozumiac mechanizmy wchodzenia w uzależnienie oraz  a może przede wszystkim zadbac o rozwój ich zainteresowań. I wcześnie zadbac o ich usamodzielnienie przez „przecięcie pępowiny” Mógłbym się usprawiedliwiać przebiegiem  mojego własnego wzrastania, bez ojca i z matką, która miała do mnie zawsze zaufanie, i stosowała zasadę autonomiczności swoich synów ale pomagała czujnie. Więc nie miałem odpowiednich kwalifikacjido roli ojca. Jednak usprawiedliwianie się nic nie da. Zawiniłem, więc zasłużyłem na lizanie mi mordy przez psa, który być może uratował mi życie. Teraz muszę zejść z tej błędnej drogi. Do psa wybiorę się z dużą kością. Ale zapomniałem napisac o koncepcji jaka pojawiła mi się gdy zrozumiałem, że Jezus oczekiwał nie tyle wyjaśnień co naprawy obecnej ,kryzysowe sytuacji w jakiej znaleźliśmy się jako rodzina i  jako Galeria Wiejska, która miała być nie tylko miejscem twórczych spotkań i twórczości plastycznej, fotograficznej i pisarskiej nas rodziców ale także miejscem do życia, usamodzielnienia i rozwoju naszych synów ( O samej Galerii  i licznych w niej wydarzeniach, piszemy dhref=”http://www.galeriawiejska.pl”>www.galeriawiejska.pl). Jako biznesmeni i organizatorzy nie sprawdziliśmy się zupełnie! Można by tu analizować przyczyny tej nieumiejętności rodziców i dorosłych przecież synów. Na pewno ważniejsze od analizy przyczyn- głównie charakterologicznych jest znalezienie pozytywnego planu rozwoju naszego rodzinnego przedsięwzięcia. Jak leżałem w opisanej rynnie lodowo-błotnej i jeszcze nie wiedziałem,że to udar  a nie potłuczenie, zastanawiałem się jak wyprowadzić y naszą Galerię z marazmu, w jaki popadliśmy. Pamiętałem narzekania synów,” że tu się nic nie dzieje- zupełna inercja i marazm”Pojawiła mi się koncepcja KONWERSATORIUM na temat SUWALSZCZYZNA KRAINA PIĘKNA(O czym wszyscy wiedzą) i KRAINA DOBRA DLA LUDZI!( o czym właściwie nic nie wiadomo)   Projekt konwersatorium będzie oddzielnym tekstem.

[i] y